Deszcz padał bez przerwy, rzeka przybierała, ale w Lądku-Zdroju powódź była czymś, co wszyscy znaliśmy z doświadczenia. Woda zawsze szła drugą stroną, nigdy przez rynek, nigdy przez kościół. Świątynia stoi nieco wyżej. Dlatego nikt z nas nie spodziewał się tego, co miało się wydarzyć. Tak zaczyna się relacja, którą dzieli się ks. Aleksander Trojan, proboszcz Parafii pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Lądku-Zdroju.
Straty materialne dotyczące obiektów sakralnych uszkodzonych podczas powodzi są wycinkiem szkód w całej infrastrukturze użyteczności publicznej i mieniu prywatnym na całym południu Dolnego Śląska. Osobną i wciąż wymagającą reagowania kwestią są problemy psychiczne, zdrowotne i materialne rodzin czy osób indywidualnych, które nadal odczuwają skutki kataklizmu. Lądek-Zdrój, Stronie Śląskie, Kłodzko, Ścinawka Dolna, Żelazno, Radochów, Bardo, Kamieniec Ząbkowicki, to tylko niektóre z miejsc na mapie, gdzie powódź wywołała straty i rany leczone do dzisiaj.
Na terenie Diecezji Świdnickiej ok. 3500 osób włączyło się w wiele różnych form wsparcia, jakie powodzianie od pierwszych chwil kataklizmu z września 2024 r. do chwili obecnej otrzymują z inicjatywy Diecezji Świdnickiej oraz poprzez Caritas Diecezji Świdnickiej. Co nie zwykłe, są wśród nich sami powodzianie, którzy postanowili zaangażować się w pomoc dotkniętym skutkami żywiołu.
Przypomnienia zdarzeń z września 2024 r., które wtedy dramatycznie zmieniły tok życia tysięcy mieszkańców miast i wsi położonych w Diecezji Świdnickiej podjął się serwis wAkcji24. Obok przejmującego świadectwa ks. proboszcza Aleksandra Trojana z Lądka-Zdroju, można także przeczytać nie mniej ważną rozmowę, w której ks. Radosław Kisiel, dyrektor Caritas Diecezji Świdnickiej relacjonuje, jak wyglądała pomoc udziela powodzianom natychmiast po tym, jak doszło do kataklizmu w 2024 r. oraz w jaki sposób Kościół kontynuuje wsparcie dla poszkodowanych do chwil obecnej. Obie rozmowy można przeczytać na łamach serwisu internetowego wAkcji24.pl – poniżej dwa fragmenty wypowiedzi o tym, co działo się w czasie powodzi.
Ludzi udało się szybko wyprowadzić, choć niektórzy nawet nie doszli do swoich domów – schronili się na klatkach schodowych bloków. Kiedy wracałem do plebanii, woda sięgała mi już do kolan. Ks. Wiktor został jeszcze, żeby zabezpieczyć kościół workami z piaskiem. I wtedy przyszła fala. Nie wiedzieliśmy, że jest aż tak potężna. W jednej chwili porwała księdza wikariusza. Najpierw rzuciła go na mur kościelny, potem odbiła w stronę plebanii. Uratował się tylko dlatego, że złapał się drzewa i zdołał wdrapać na parapet okna. My byliśmy w środku i nie mieliśmy pojęcia, co się z nim dzieje. Dopiero gdy zaczęliśmy słyszeć krzyki, zrozumieliśmy, że jego życie jest zagrożone – opowiada ks. proboszcz Aleksander Trojan.
14 września, w południe mieliśmy spotkanie kryzysowe. W trakcie rozmowy na włączonym telewizorze pojawiła się informacja, że pękła tama w Stroniu Śląskim. Powiedziałem to na głos i pamiętam reakcję – ktoś stwierdził, że to niemożliwe, że to musi być fake news. Po kilkunastu minutach okazało się, że to niestety prawda. Ludzie walczyli o życie, a fala powodziowa zaczęła przechodzić przez kolejne miejscowości. To były chwile ogromnego napięcia i bezradności. Miejsce, w którym mieszkam, również znalazło się w bardzo trudnej sytuacji. Słychać było krzyki ludzi z pobliskiej wioski. W pobliżu znajduje się potężna, poniemiecka tama z 1909 roku, z której po raz pierwszy zaczęła się wydostawać woda. Gdyby ona pękła, zalane zostałyby kolejne miasta – aż po Świdnicę – mówi ks. dyrektor Radosław Kisiel.